niedziela, 26 września 2010

Wcisnął się bez kolejki:)

Tak, tak bez baczenia na inne projekty wepchnął się i już.
Ale jest usprawiedliwiony, bo znalazł się na drutach w wyniku wielkiej potrzeby. Marzłam okrutnie i takiego COSIA właśnie potrzebowałam.












Praktyczny z kieszonkami i wielkim "kapturogolfem". Znalazłam ten ocieplacz na Ravelry. Tam również do kupienia jest opis wykonania, genialny zresztą, prosty i dokładny.

Przy ostatnim sweterku z kieszeniami, przyszywanie ich zabrało mi najwięcej czasu. Dlatego, żeby tego uniknąć, tym razem kieszenie wrabiałam (według opisu robi się je osobno). Poniżej fotka - wskazówka:)






Robiłam go z mieszanki wełny, moheru i nylonu. Nie chciałam tracić czasu na szukanie włóczki, brałam co było pod ręką i pasowało mi kolorystycznie. Lubię szary za jego uniwersalność. Przy okazji wyznam, że choć zachwycam się swterkami w misterne wzory, z doświadczenia wiem, że nosić ich nie będę. Wybieram proste wzory i w ogóle mnie nie nudzi dzierganie prawo-lewo. Najchętniej robię raglany, czy to od góry, czy od dołu. Wtedy jadę samymi prawymi oczkami i nie muszę zszywać:) Same plusy!!!

Ten pulower dziergałam na drutach 5,5mm i 6mm. Zużyłam prawie siedem motków włóczki, która okazała się całkiem miła, nie gryzie, a lekki włosek mi nie przeszkadza i co najwazniejsze - grzeje:)





Do miłego:)

środa, 22 września 2010

Najwyższy czas...

Przybyła do nas przedwczoraj i natychmiast stała się maskotką rodziny:)
Jestem pewna, że będzie służyła mi pomocą. Pozwólcie, że przedstawię naszą nową lokatorkę rodem z Wysp.
Oto Anouk:)





Bowiem najwyższa pora rozpocząć sezon czapkowy.

Tadam:






Zrobiłam ich duuuużo, nie wszystkie są na zdjęciach. Ostrzegam, że będzie jeszcze więcej. Wiecie, że kocham dziergać czapki:)))

Inspiracją stał się ten model, spodobał mi się ogromnie. Żadna nie jest identyczna z oryginałem. Choć na pierwszy rzut oka różnicy nie widać.

Robota idzie błyskawicznie. Moteczek grubej włóczki, drutki 6 i 8 mm i czapa gotowa.

poniedziałek, 13 września 2010

Na tropie - sprawozdanie pierwsze:)

Co tropię, zapytacie?
Ano sklepy z włóczkami. Nie może być inaczej.
Pierwszy znalazłam bardzo szybko, bo dwa dni po przyjeździe. Nieduży sklepik i wybór również skromny. Trochę Gedifry, Regii i to:





Firmówka - akryl 100%, ale w dotyku taki "bawełniany", miękki i nie skrzypiący. Motki jak bochny chleba, wielkie 300g, bogata gama kolorów. Obiecywałam sobie, że akrylu nie kupię, bo... same wiecie. Ale jak się nie ma, co się lubi - to się lubi, co się ma...
Skusiłam się na kilka:)))


Dalsze poszukiwania nie były ani łatwe, ani owocne. Niektóre adresy nie były już niestety aktualne. Nie poprzestawałam jednak, tropiłam dalej...


... i wytropiłam sklep PHILDAR . Kupiłam oczywiście to i owo, ale wybór też nie był oszałamiający. Za to ceny promocyjne, grzech było nie wziąć 10 x 50g mieszanki bawełny, lnu i wiskozy , za 5 Euro:







... i gazetki tanie:)





Proszę mnie nie posądzić o chwalipięctwo. To objaw głębokiego uzależniena :D
Chyba mnie rozumiecie?!
Więcej o włóczkach ze zdjęć napiszę w kolejnych postach.


A poza tropieniem mam inne zadania.

Córka 7 września rozpoczęła rok szkolny. Szkoła jest ogromna - kompleks budynków na powierzchni 7 ha, 3500 uczniów. Języki w jednym budynku, nauki ścisłe w drugim, sztuka w jeszcze innym. Miałam ogromne obawy, czy moja Zuzia się nie pogubi. Na szczęście radzi sobie dobrze i co ważniejsze bardzo jej się w nowej szkole podoba. Nie mam jeszcze odwagi wysyłać jej do szkoły autobusem, zawożę i odbieram ją osobiście. Może jestem nadopiekuńcza, ale wariant autobusowy musi zostać najpierw przećwiczony w jakiś wolny od szkoły dzień.

Jeżdżąc po mieście poznaję panujące na tutejszych drogach zwyczaje. Jazda po Warszawie to bajka w porównaniu z tym, co tutaj się dzieje. Szaleństwo, ciasno , tłoczno i mało kto zwraca uwagę na obowiązujące przepisy ruchu drogowego. O miejscach do parkowania nie wspomnę, trzeba mieć dużo szczęścia, żeby w ogóle je znaleźć.


Wiem, że do tej pory nie napisałam, gdzie teraz mieszkam. Trochę tak celowo. Po kilku wpisach się zorientujecie. Wrzucę kilka zdjęć i sprawa będzie jasna.


Choć już to zrobiłam w komentarzach, chcę jeszcze raz serdecznie podziękować za słowa otuchy po moim wypadku - upadku. Jesteście Kochane!!!
Noga jeszcze trochę boli i musi być obandażowana, ale jest znacząco lepiej:)
Pa!

czwartek, 9 września 2010

Lubię...

Zostałam zaproszona do zabawy blogowej przez Małgosię . Postanowiłam skorzystać z zaproszenia:)


Zasady są proste:

1. Napisz, kto przyznał Ci tę nagrodę
2. Wymień 10 rzeczy, które lubisz
3. Przyznaj tę nagrodę 10 innym blogerom i poinformuj ich komentarzem

LUBIĘ:

* przytulać się do moich dzieci,

* zapach wiosny,

* polskie morze,

* robić na drutach,

* czytać, najlepiej w wannie wypełnionej pachnącą, baaaardzo ciepła wodą,

* jabłka, chleb, oliwki, suszone pomidory i sushi - nie wszystko jednocześnie
oczywiście,






* słuchać muzyki, kino,

* prowadzić samochód,

* internet,

* targi staroci, wyszukiwać na nich różne ciekawe przedmioty...






Do zabawy zapraszam Martę:)))

czwartek, 2 września 2010

Wyszłam tylko do pobliskiej piekarni...

Tak to już jest, że człek nigdy nie wie, co go za rogiem spotkać może. Przed południem opuściłam domowe zacisze.
Chciałam kupić świeży chlebek i bułeczki. Przy okazji odbyć mały spacerek z dziecięciami.
Piekarnia jednak była zamknięta. Nie zmartwiło mnie to ani, ani, bo pogoda wymarzona na piesze wędrówki. Uskuteczniamy je ostatnio namiętnie, poznając okolicę:)

Ruszyliśmy dziarsko w dalszą drogę. W końcu pieczywko na kolację - fajna rzecz.

Wojtuś trochę się zmęczył i poprosił, żebym go wzięła na ręce. Tak też zrobiłam, ale po jakimś czasie to ja się zmęczyłam. Mam chyba prawo, bo to raz z górki, raz pod górkę, a pierwszej młodości nie jestem:)))

Było akurat z górki, Wojtuś siedział u mnie na barana, kiedy poczułam, ze padam na glebę. Jedyna myśl, jaka przemknęła mi przez głowę, to taka że muszę tak upaść, żeby Wojtek nie runął na chodnik. Nie wiem jak to zrobiłam, ale udało się. Był cały. Ja natomiast nie miałam pewności, czy zdołam wstać. Zuzia widziała końcówkę upadku i później mnie leżącą. Myślała, że się wygłupiam i ryknęła śmiechem. Mnie z bólu poleciały łzy. Córcia zorientowała się w sytuacji i podbiegła do mnie, pomogła mi wstać. Stałam na jednej nodze, uryczana po pas. Szybko wzięłam się w garść i obyśliłam powrót do domu, który w związku z kontuzją zapowiadał się na dłuższy. Dojrzałam nieopodal sklep, doczłapałam się do niego. Kupiłam soczki dla dzieci, przekąski, no i świeży chlebek:)

Po drodze, w aptece kupiłam bandaż elastyczny, mazidło miałam w domu.

Jakoś się doczłapałam. Zrobiłam opatrunek. Nie na darmo byłam w drużynie medyczno-sanitarnej w liceum;)






Kostka sina i spuchnięta, prezentuje się okazale. Mimo to mam nadzieję, że obejdzie się bez wizyty u lekarza.

Trzymajcie kciuki!!!