poniedziałek, 4 czerwca 2012

Bessie


Dziś pora na pokazanie udziergu sprzed kilku miesięcy (starsze leżakują i czekają na prezentację). Wytargałam w końcu włóczkę urodzinową i zabrałam się za Bessie - książka Kim Hargreaves też swoje odstała. Lubię takie swetry, trochę niesforne, z opadającymi połami, bez guzików. Nie robiłam go tak jak w opisie w kawałkach, tylko w całości, rękawy do pach na okrągło, wiem że to nie tylko mój ulubiony sposób :) Pasek jest bez kutasików, zupełnie nie moja bajka. Nie robiłam również ze sugerowanej włóczki. Specjalnie na ten projekt kupiłam Rowan Felted Tweed w kolorze 151 - Billberry, według mnie prześlicznym. Zdjęcia zrobiła mi Córka, przy okazji rodzinnego spaceru. Miałam w planach "sesję" ze spódniczką, ale .... czas mija, a ja się zmobilizować nie mogę, ciągle jest coś do zrobienia na wczoraj.













Zużyłam prawie osiem motków włóczki, dziergałam na drutach 3,5mm... chyba ;) Włóczka Rowan Felted Tweed, to ostatnio moja absolutna fascynacja. Za tę z dzisiejszych zdjęć zapłaciłam jak za zboże, ale... Ale znalazłam nowe źródełko, w bardzo miłej cenie, zaopatrzyłam się w kolejne kolory. Nawet już mam gotowy sweterek. Oczywiście zdradzę Wam to źródło, oby nam nie wyschło.
Włóczkę znajdziecie w Zagrodzie :)

niedziela, 3 czerwca 2012

Nałóg, zgubna rzecz ?


Kilka tygodni temu z rodziną wybraliśmy się na wycieczkę. Była to ucieczka z krainy deszczowców, w poszukiwaniu słońca. Udaliśmy się więc na Południe.

Wydawać by się mogło, że to wyprawa wakacyjna, odpoczynek, relaks, kąpiele słoneczne. Nic bardziej mylnego. Wróciłam wymęczona, pokonałam kilka tysięcy schodów [nie rozumiem dlaczego starożytni osiedlali się tak wysoko ;)], setki kilometrów [przeżyłam dodatkową atrakcję, kiedy to w deszczowy dzień, samochód stał się szalonym solistą na lodzie] za to bogata w smaki (napełniona świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy) i obrazy. Poniżej kilka z nich zatrzymanych w kadrze:



Nafplio i okolice:











Ateny:







Delfy:







Podróż morska [wyspa Hydra i Spetses]









Po raz pierwszy od wielu lat nie zabrałam ze sobą skrawka włóczki i drutów. Po ostatnich greckich wakacjach, gdzie temperatury nie sprzyjały dzierganiu, myślałam że tym razem będzie podobnie. Okazało się jednak, że były i to bardzo. Czułam się jak na głodzie, ręce chętnie by się czymś zajęły, a tu nic. Wytrzymałam jeden dzień, drugi, na trzeci było już źle. Zwiedzając różne ciekawe i piękne miejsca, wypatrywałam sklepiku, gdzie znalazłoby się coś dla uzależnionej. Na próżno :( Podczas kolejnego spaceru, kompletnie wygłodniała dostrzegłam coś na kształt pasmanterii. Hurra! Miejsce dość osobliwe, jakby wycięte z gazetki z lat pięćdziesiątych i chyba od tamtej pory nie odkurzane. Ale pod kołderką długo zbieranego kurzu znalazłam bawełnę. Sklepikarz wyszperał nawet pasujące szydełko. Pełnia szczęścia :)










Przy zwijaniu włóczka koszmarnie się poplątała, ale dla mnie to żaden problem. Przekładałam nitkę to z góry, to z dołu dzielnie do drugiej w nocy. Czysta przyjemność!!! Nałóg zaspokojony, a wycieczka udana :)