Mając gotowca nie musiałam kombinować. Włóczkę wzięłam inną. Swoją drogą jeszcze nigdy tak długo nie dobierałam włóczki. Sugerowana w opisie skądinąd znana mi - Brooklyn Tweed SHELTER, okrutnie droga , nie budzi mojego zachwytu.
Kupiłam Ceativ focus worsted Rowana, też nie najtańsza, ale nie musiałam jej sprowadzać, tylko pojechać do sklepu ;) Dzierga się z niej fantastycznie, paletę barw ma śliczną, ale....... powinna być sprzedawana w pakiecie z "kosiarką"... No cóż, coś za coś. Na szczęście to nie jedyny mój sweter i nie będę go nosiła codziennie. Raz na jakiś czas mogę pokosić, tak dla rozrywki.
Jak pisałam w poprzednim poście, naprodukowałam trochę sweterków, ale pogoda i nastrój nie sprzyjały fotografowaniu. Zatem przy pierwszych promieniach słońca, delikatnym podmuchu wiosny, wybraliśmy się na rodzinny spacer i dzięki temu mogę Wam pokazać nowe swetrzycho. Fason jak najbardziej mój, lubię takie proste, trochę męskie w kroju modele. Zachwycam się misternie dzierganymi, kobiecymi kardiganami, ale znam siebie i wiem w czym się najlepiej czuję.
Tadam, bezgłowa ja:
Z tego co pamiętam, zużyłam około 6 motków włóczki. Ściągacze robiłam na drutach 4mm, całą resztę na 4,5mm. Wzór jest rozpisany bardzo precyzyjnie. Dziergało się z przyjemnością.



























